Widziałem koniec epoki

Niemal dwa lata temu, w lecie 2009 roku, polski rząd (PO-PSL), nie stawiając oporu naciskom Komisji Europejskiej, zamknął Stocznię Gdynia SA i Stocznię Szczecińską SA – dwie największe polskie stocznie produkcyjne. To oznacza koniec epoki, ponieważ jest równoznaczne z demontażem – w ślad za zniszczeniem dwóch wielkich „lokomotyw” branży – 2/3 wielkiego dotąd, narodowego przemysłu. Gwałtownie obniżono „masę krytyczną” branży w kraju, przez co została ona skazana na zanik lub – w najlepszym wypadku – przetrwanie w okrojonej bardzo, szczątkowej formie, bez własnych centrów kompetencji branżowej oraz bez zaplecza naukowo-badawczego i edukacyjnego (bo jasne jest, że wobec zaniku większej części branży niepotrzebne się staną i ulegną degradacji lub zamknięciu wydziały oceanotechniki i okrętownictwa na politechnikach oraz takie instytucje, jak np. Centrum Techniki Okrętowej, przynajmniej w swej dotąd zasadniczej, „usprawiedliwiającej” nazwę, części).

W ostatnich miesiącach ekonomiści stwierdzili, że do zachodnioeuropejskiego poziomu życia i zarobków dojdziemy za ok. 40 lat. To znaczy, że prawie przez 40 najbliższych lat będziemy konkurencyjni wobec zachodu Europy pod względem kosztów robocizny. Conajmniej przez 40 lat miałyby więc szanse być konkurencyjnymi nasze wielkie stocznie produkcyjne w Gdyni i Szczecinie (gdyby je sprywatyzowano, poprawiono w nich marketing, zmieniono trochę profil produkcji, doiwnestowano w zakresie technologii produkcji, ale ponad wszystko i przede wszystkim – gdyby ich nie zamknięto).

Tym bardziej powinniśmy utrzymać te stocznie przy życiu (a była realna szansa na ich powrót do zysków), że Europa Zachodnia wcale ze stoczni nie rezygnuje w takim stopniu, jak uczyniono to w Polsce. Co więcej – w krajach, które zajmują najsilniejszą pozycję w Unii Europejskiej (i mają wpływ na Komisję Europejską) – we Francji i w Niemczech – po zamknięciu dużych polskich stoczni produkcyjnych (podobno „za nielegalne subsydia”) nadal dotuje się, wspiera (już dozwoloną?…) „pomocą publiczną” tamtejsze stocznie… No cóż – podwójne standardy – inne dla starych i silnych, inne dla nowych państw członkowskich Unii…

Proces „kurczenia się” europejskiego przemysłu okrętowego zaczął się dawniej niż ćwierć wieku temu, a jednak – mimo zamknięcia stoczni w krajach tańszych (a więc potencjalnie konkurencyjnych w produkcji stoczniowej) nadal utrzymuje się (także za środki publiczne) stocznie w Niemczech czy Francji.

Skoro Niemcom i Francuzom nie nakazuje się zamykać stoczni, to dlaczego zmuszono do tego Polskę (nota bene – jak już wspomniałem – bez oporu rządu, niestety)? Do dewastacji polskiego przemysłu okrętowego dokonanej w 2009 roku nie musiało dojść. A jednak, niestety, byłem świadkiem końca epoki… Prawie ćwierć wieku po tym, jak – w swoim debiucie dziennikarskim w miesięczniku „MORZE” w 2006 roku – opisałem koniec (bankructwo oraz wygaszanie produkcji i postanowione już zamknięcie) jednej z najwspanialszych europejskich stoczni – Kockums w Malmoe, w Szwecji.

Opublikowano różne | Dodaj komentarz